el-e
liczba publikacji: 11
liczba punktów: 120

Mapa światów opowiadanie pierwsze

ZAKOCHANI NA ŚMIERĆ
1.
Junial spoglądał na odbicie Romei w wodzie. Siedząc nad spokojną, szarą taflą zatoki, mogli dostrzec przed sobą, aż odległe Wzgórza Mgieł. Lubili takie miejsca, bo były romantyczne, opustoszałe i dzikie. Przyciągały ich i dawały poczucie bezpieczeństwa oraz wytchnienie. Wśród ludzi, wciąż musieli się mieć na baczności.
Siedzieli obok siebie i odpoczywali. Ich piękne, i kiedyś czyste ubrania, nie pasowały do tego świata. Kobieta o jasno czerwonych oczach oraz długich, jasnych, jedwabistych włosach i regularnych, choć ostrych rysach twarzy przyciągała wzrok. Przy niej prawie się nie zauważało przystojnego, wysokiego i dość ponurego mężczyzny o ciemnych prostych włosach i jasnych szarych oczach. Wbrew pozorom wiele ich łączyło. Choć ona była olśniewająco piękna i jaśniejąca jak płomień, a on był podobny do cienia to w żyłach obojga płynęła szlachetna krew, a ich dzieciństwo było naznaczone cierpieniem i okrutnymi próbami. Ona wybranka losu, on straceniec. Różni, a jednak nierozłączni i przyciągający się nieustannie. Dzieli razem troski i niewygody długiej wędrówki. Tylko czasem pozwalali sobie na odpoczynek czy luksus. Nie często zdarzało im się tkwić w bezruchu. Teraz od wielu godzin siedzieli na srebrzystym brzegu wpatrzeni w fioletową taflę spokojnego morza, zastanawiając się gdzie ruszyć dalej.
- Mam dość owadów.- oświadczyła piękna kobieta, przeczesując włosy smukłymi palcami.
Pokiwał głową. Świat, który niedawno odwiedzili pełen był przeróżnych czasem wręcz monstrualnych owadów. Choć w większości tak małych, że nie dostrzegało się ich do czasu, gdy skóra zaczynała broczyć krwią, a potem puchnąć. Przeszli wiele trudnych chwil, zanim nauczyli się jak sobie radzić z tymi niedogodnościami. Mało kto się zapuszczał do tego jadowitego męczącego świata, dzięki czemu odpoczęli od ludzi.
Ale jaki świat powinni teraz wybrać? Ich ucieczka nie miała końca. Gdy wydawało im się, że są już bezpieczni, coś odbierało im to przekonanie. Zagrożenie które nad nimi ciążyło nie było złudzeniem. Od tak dawna podążała za nimi pogoń, że ucieczka stała się części ich życia.
Rzucał nazwy światów, do których mogli by wyruszyć, ale ona wciąż kręciła głową. Bezwiednie wyciągnął mały pokryty znakami i kolcami metalowy amulet. Zachmurzyła się widząc go.
- Wyrzuć to! - powiedziała ostrym tonem Romea.
- Wyrzucić to? - zdziwił się.
- Po co to ze sobą nosisz…
- To cenny przedmiot.- spokojnie jej wyjaśnił.
- Ale przynosi nam pecha.
- Raczej pomógł uciec kilka razy.- przypomniał jej.
- Bali się go i nie bez powodu. – powiedziała i zacisnęła mocno usta.
Była piękna, nawet gdy się złościła. Schował amulet. Choć był groźny mógł im się jeszcze przydać. Podał nazwę świata, do którego tęskniła, widząc, że to ją zainteresuje. Znów pokręciła głową.
- Tam nas będą szukać.- powiedziała ze smutkiem.
- Ukryjemy się i odpoczniemy.
- Tak bym chciała znów ujrzeć Srebrne Wzgórza.
Świat podobny do tego, w którym się wychowała odwiedzili już kilka razy. Szybko doganiały ich tam upiory przeszłości, ale na razie szczęśliwie udawało im się im umknąć. Stali się byt znani tam. Znał kilka kryjówek, które mogły zapewnić im odrobinę spokoju, ale to mogło już nie wystarczyć. Mimo to czuł pokusę. Czyż pod latarnią nie jest zawsze najciemniej i najbezpieczniej?
Kusił ją, roztaczając wizje luksusów i w końcu się zgodziła. Zaczęli się pakować. Otaczały ich coraz dłuższe cienie. W mroku połyskiwały tylko lśniące ozdoby, które dla niej zdobył. Była ich warta. Co prawda były splamione krwią, ale i tak je nosiła. Z królewskim wdziękiem i godnością.
- Wracamy do cywilizacji…- westchnęła z rozrzewnieniem i ukrytym zadowoleniem.
Bawiło go, że tylko swój rodzinny świat uznawał za cywilizowany. Sam też miał taką tendencje, ale jej upór by trzymać się tego przekonania był znacznie większy.
Ruszyli do przejścia. Liczył, że trafią do miejsca, gdzie będą mogli kupić potrzebne im przedmioty i trochę luksusu. Nawet on tęsknił za pachnidłami i wyszukanym jedzeniem.
2.
Trafili do ukrytego w kwiatach miasta Mistanu. Starego miejsca, pełnego wyszczerbionych błękitnawych kamiennych murów i placów z fontannami. Oboje jednocześnie skierowali się w stronę skąd dobiegały do nich znajome hałasy. Ruszyli ku przedświętnemu bazarowi, rozłożonemu między trzema świątyniami, po którym kręcili się ludzie z wielu światów. Kończyła się wiosna i wielu ludzi już chciało przygotować się do Letniego Święta. Oboje wiedzieli, że tam mogą znaleźć to czego skrycie pragną. Nie spieszyli się ciesząc się, z obecności ludzi, którzy ich nie znali. Tygodnie, kiedy byli tylko we dwoje, dawały im się we znaki. Nie mówili o tym, ale oboje się cieszyli z towarzystwa kogoś nowego i nieznającego ich przeszłości, twarzy i łączącego ich uczucia.
Krążyli po targowisku oglądając sprowadzone z wielu światów najróżniejsze towary, mięso, warzywa, owoce i kwiaty. W czasie swojej wędrówki z zaskoczeniem odkryli, że w wielu światach kwiaty stanowiły walutę, za którą można było nabyć wiele cennych przedmiotów. Jednak przenoszenie ich przez przejścia, nie było takie łatwe, jak się mogło wydawać. Trzeba się było nimi cały czas zajmować i dbać o nie. On nie miał do tego głowy. Zajmowało go i tak już zbyt wiele spraw. Musiał pamiętać o wielu zasadach, bo jego ukochana nie przejmowała się takimi przyziemnymi sprawami. Oboje jako dzieci uczyli się o innych, najczęściej sąsiadujących światach, ale inaczej podchodzili do tej wiedzy. On starał się przestrzegać zasad, ona nie. Nie miały dla niej znaczenia. Potrafiła skupić się na jednym zadaniu, lub bez trudu umiała też robić kilka rzeczy na raz. Ale nigdy nie zajmowała się nic nie znaczącymi dla niej sprawami. Skupiona była na celu, do którego dążyła. Zawsze ją za to podziwiał.
Powoli wędrowali między kupcami i kupującymi odzianymi w stroje z innych światów. Wsłuchiwali się w ich rozmowy i negocjacje. Rozluźnił się i przestał być czujny, ale i tak to on go zauważył jako pierwszy zagrożenie. Romea nie zauważyła zamachowca. Nie zwróciła na niego uwagi. Uzbrojony w krótki, cienki nóż chłopak skoczył w jej kierunku, ale ona nawet nie poruszyła się. Zamachowiec nie zadał ciosu bo coś go zatrzymało. Niewidzialna bariera powstrzymała nożownika i odrzuciła go aż pod odrapaną ścianę budynku, przewracając ludzi stojących mu na drodze. Poruszyło to tych, którzy to zauważyli. Chłopak otrząsnął się i uciekł w głąb bocznej ciemnej i wąskiej uliczki. Otaczały ich szepty. Ludzie szerokim łukiem omijali długowłosą piękność, ale ona nie zwracała na to uwagi.
Junial odetchnął z ulgą. Nic się jej nie stało. Zamachy na szlachetnokwistych zdarzały się w wielu światach. Stare plemienne lub rodowe nakazy zmuszał spokojnych ludzi by spróbowali zabić potomków Pierwszych Rodzin. Ciągle nie potrafi do tego nawyknąć. Pierwsza próba zabicia kobiety, która kochał, wstrząsnęła nim. Kolejne już nie tak bardzo. Wiedział, że nic jej nie grozi i że nie musi się o nią martwić. Potrafiła się obronić, a do tego była chroniona. Już dawno zauważył, że coś ją osłaniało w sytuacjach zagrożenia. Jakaś moc nad nią czuwała i to ona po części tak go fascynowała. A miała jeszcze inne tajemnice. Sam nie musiał obawiać się skrytobójców. Jego krew była za bardzo rozrzedzona, by ktokolwiek chciał zabić i jego.
Czujnie rozejrzał się po tłumie. Ktoś jeszcze mógł się czaić na bazarze i czekać na okazję do ataku. Już chciał opuścić broń, gdy poczuł na ramieniu dotyk niewidzialnej dłoni. Ktoś chciał zwrócić jego uwagę na coś. Za każdym razem gdy ta istota go dotykał, wracał irracjonalny strach, jakiego doświadczył jako dziecko spędzając noc w Świątyni Przemiany. Stłumił emocje i pragnienie ucieczki. Pozwolił się zaprowadzić do jednego ze straganów. Ujrzał na nim stosy kolorowych oszlifowanych kamyków. To były tylko świecidełka dla niewybrednych. Nie zbyt cenne i zwyczajne. Nic co mogło by zainteresować wyrafinowaną damę. Niewidzialna istota miała jednak jakiś cel prowadząc do tego miejsca. Ale może jeden z kamieni był cenny? Tylko który.
Przyglądał się uważnie stosowi kamyków aż podszedł do niego niewysoki omotani w długą szatę i płaszcz mężczyzna.
- Skąd pochodzą? - zapytał.
Sprzedawca wyszczerzył zęby.
- Z wielu światów, znam ludzi ze wszystkich światów. To dobrzy, sprytni ludzie, zbieracze i przynoszą mi takie ciekawostki. Ze wszystkich światów. – wyjaśnił mężczyzna.
Na jednym z kamyków Junial zobaczył ciemną, wyschniętą plamkę. To mogła być krew. Nie powiedział o tym sprzedawcy, bo ten pewnie o tym wiedział. Udawał że nadal się przygląda towarowi, skupiając uwagę na otoczeniu. Stojący obok nich pokryty krostami śniady młodzieniec w długiej, kosztownej jasnobłękitnej szacie bacznie ich obserwował. Włożył dłoń w stos kamieni i pozwalał by przysypywały się mu między palcami. Na ustach miał drwiący uśmiech.
- Tylko jeden jest cenny. – powiedział młodzieniec, a uśmiech sprzedawcy stał się wilczy i zły.
- Ja tylko sprzedaje towar. – powiedział mężczyzna. - Taki jaki mam szanse dostać i zbyć...
Za ich plecami wybuchło jakieś zamieszanie. Odwrócili się. Banda brudnych, agresywnych dzieciaków odzierała z błyskotek szpakowatego, łysiejącego grubasa odzianego w długą, szmaragdową szatę. Ludzie stojący wokoło śmieli się, nie kwapiąc się by ruszyć z pomocą ofierze. Spojrzał na ukochaną, a ta była spokojna i zimna. Przyglądała się ludziom, którzy ich otaczali. Kątem oka ujrzał ruch i zobaczył jak pokryty krostami młodzieniec zabiera jeden kamyk ze stosu. Czemu to zrobił? Czyżby ten kamyk naprawdę był taki cenny?
Już chciał coś powiedzieć sprzedawcy, o kradzieży, gdy ujrzał, że ktoś szybko zbliża się do jego ukochanej. Znał ten wyraz twarzy i oczy pełne nienawiści. A za pierwszym napastnikiem ujrzał jeszcze troje innych. Ruszył by ją osłonić. Ktoś się o niego otarł, ale nie zareagował, na to, bo zbyt wiele się wokoło działo.
Krzyknął ostrzegając ukochaną. Piękność spojrzała wprost w oczy napastnika, który już zamachnął się by wbić w nią długie, cienkie zardzewiałe ostrze. Nie drgnęła nawet, gdy jakaś niewidzialna siła odrzuciła od niej broń i zaraz potem trzymającego ją napastnika. Obserwujący to ludzie krzyczeli, ale ona zachowała spokój. Już nieraz widział działanie ochronnej tarczy, która ją spowijała. Ale nie tylko to sprawiało, że była nieustraszona. Podziwiał siłę, którą widział w jej oczach. Była gotowa dążyć do celu pomimo przeszkód. Dlatego została wybrana i była chroniona. Coś ją prowadziło i dodawało jej mocy. Bez wahania podążała swoją ścieżką. Może to była nie tylko świadomość o obecności jej obrońcy, ale i tajemnica z którą nie potrafiła się z nim podzielić? Żyjąc w jej świecie, wiele razy spotykał bezwzględnie posłusznych i niestarzejących się obrońców, którzy towarzyszyli wybrańcom. Ich specyficzna aura była wyczuwalna na wiele kroków. Za to prawie nigdy nie wyczuwał aury sługi swojej ukochanej. Podobno była w ich rodzinie od bardzo wielu pokoleń i była starożytnym bytem. Potrafiła się ukrywać i czasem tylko w chwilach śmiertelnego zagrożenia, wyczuwał jej obecność. Wiedział do czego jest zdolna. I nie raz widział jak jego ukochana odprawia prastare rytuały i wynagradzała ją częścią swojej energii życiowej. Fascynowało go to. Jako dziecko przestał wierzyć w dawne wierzenia, ale dzięki niej zaczął odzyskiwać wiarę. Czasem otaczała ją silna, wręcz boska aura. Dostrzegał w niej coraz silniejszy blask boskości. I na szczęście istota, która ją broniła była silna, bezwzględna i zawsze spokojna. Dzięki niej ona nie miała krwi na rękach. Był pewny, że już jako dziecko uczestniczyła w kilku zbrodniach, ale sama jeszcze nikogo nie zabiła bez powodu. Co prawda nie miała skrupułów, ale za to silne zasady. Wierzyła że musi zachowywać się jak przyszła królowa, jakby coś nią kierowało. Jego ukochana była zamieszane w mroczne sprawy i godziła się na to. Przysiągł jej posłuszeństwo i odtąd razem dążyli do ważnego celu. Nie wszystko mu wyjaśnił i nadal otaczała ją gęsta aura tajemnicy. Milczała o pewnych sprawach a on akceptował to. Przecież też jej o niektórych zdarzeniach z przeszłości nie mówił. Miał swoje sekrety i liczne brudne sprawki na sumieniu. Nie potępiała go. Nie dbała o to kim kiedyś był i jak wiele stracił.
Mógł być tylko widzem. Romea potrafiła się bronić. Uzbrojona trójka nie poddawał się i wspólnie ponownie zaatakowali jego ukochaną. Znów obrończyni bez trudu rozbroiła ich. On prawie nie miał nic do roboty. To nie było potrzebne, ale i tak włączył się do potyczki. Odrzucił do tyłu dwoje z agresorów. Wpadli na otaczający ich ludzi, którzy podnieśli raban. Coś się działo z dala od nich. Krzyczano i miotano się. Podszedł do ukochanej i spojrzał w jej oczy. Był w nich smutek i żal. Nie lubiła być ofiarą ataków. Powinien jej oszczędzić takich przeżyć, ale nie mógł przecież zapanować nad wszystkimi i wszystkim.
- Powinniśmy ruszać dalej – wyszeptał, a ona skinieniem głowy dała mu znak, że się zgadza.
Otaczający ich tłum szemrał i falował. Ruszyli szybko, a ludzie rozstępowali się przed nimi. Słyszał, że otaczający ich ludzie powtarzają szeptem ich imiona. Już o nich słyszeli. Zdziwił się, że ich legenda dotarła też i do tego świata. Nie spodziewał się tego. Spojrzał na ukochana. Jej twarz niczego nie wyrażała. Podał jej dłoń i chciał ją wyprowadzić z targowiska, ale cały czas ktoś zastępował im drogę. Zbyt wiele skupiali na sobie uwagi. A tego zawsze jeśli mogli unikali.
Wielu ludzi uważało, że są przeklęci. Niektórzy ich ścigali czy atakowali a inni unikali. Prawie wszyscy uważali, że nie przynoszą ze sobą nic dobrego. Albo wierzyli, że są kolejną postacią prastarej plagi i chcieli unicestwić. Jeszcze inni tworzyli o nich pieśni i chcieli im pomagać. Znali już różne oblicza ludzi, czy to wielbicieli czy prześladowców. Zaczęli wycofywać się z zatłoczonego bazaru.
Skręcili w boczną uliczkę i szli kierując się do jednego z przejść gdy zauważyli że ktoś za nimi podąża. Przyśpieszyli i chcieli zgubić natręta, kiedy ten głośno się do nich odezwał:
- Szlachetni, zaczekajcie!
Obejrzeli się. Podążał za nimi szpakowaty, łysiejący grubas, którego na ich oczach okradały bezdomne dzieci. Nie wyglądał na groźnego, więc przystanęli. Poczekali aż dogoni ich.
- Słyszałem o was.- powiedział okradziony grubas, posapując po wysiłku i uśmiechając się do nich szeroko.- Chętnie ugoszczę was w moim domu.
Szlachetnie krwisty spojrzał na ukochaną. Zawsze, gdy ktoś ich rozpoznawał stawali się czujni i woleli odejść. Tym razem jednak Romea była zmęczona i wiedział, że chciała zaznać odrobiny luksusu. A on był gotów spełnić jej życzenie. Nie ufał jednak temu obcemu.
- Wystarczy jeśli wskażesz nam spokojne… i bezpieczne miejsce, gdzie moglibyśmy się zatrzymać, a będziemy ci wdzięczni… panie - powiedział ostrożnie.- Wystarczy nam jakiś spokojny dom przyjmujący podróżnych.
Grubas nie nalegał i zaprowadził kochanków do domu w spokojnej uliczce, gdzie przyjmowano wędrowców. Po drodze cały czas mówił podekscytowany. Traktował ich jak bohaterów ekscytujących, nowych legend i pieśni. Zachwycał się otoczką tajemnicy i niezwykłości, która ich spowijała. Do tej pory wiele razy mieli szczęście, wymykając się prześladowcom. To dodawało ich historii kolorytu. On wolałby by nikt się nimi nie interesował. Czy miał jednak wpływ na to jako ich widzą inni?
Oboje starali się jak najmniej mu o sobie opowiedzieć. Spocony grubas zatrzymał się w końcu i wskazał im duże metalowe drzwi na końcu uliczki. Podeszli do nich i przekonali się, że prowadzą na wewnętrzny dziedziniec, co było charakterystyczne dla tego świata. Grubas zapukał do nich i nie odrywając oczu od pięknej twarzy Romei nadal wylewał z siebie słowa.
Gdy drzwi się uchyliły, grubas szeroko się uśmiechnął. Stara kobieta, w ciemnej długiej sukni, która stała na progu, nie odwzajemniła uśmiechu.
- Witaj szacowna opiekunko tego domostwa. Twój pan prosił mnie bym traktował jego dom jak własny, pamiętasz? – zapytał łysiejący grubas, a kobiet skinęła szybko głową.
Staruszka wpatrywała się z uwagą w grubasa i z trudem zachowywała spokój tak by nie potraktować go jak natręta. Miał wątpliwości czy powinni narzucać się mieszkańcom tego domu.
- To moi znajomi. – powiedział do starej kobiety grubas. – Bardzo dobrzy znajomi. Proszę, dobrze się nimi zajmijcie.
Kobieta odwróciła się i spojrzała na kogoś stojącego za swoimi plecami, a potem skinęła głową cofając się. Otworzyła szerzej drzwi i wpuściła ich do środka. Grubas żegnał się wylewnie. I nie przestał mówić nawet, gdy drzwi zaczęły się zamykać.
Znaleźli się na sporym, zacisznym, wybrukowanym jasno różowymi kamieniami dziedzińcu. Otoczony podcieniami, dawał prywatność nawet jeśli wychodziły na niego drzwi i okna wszystkich przylegających do niego pomieszczeń. Pod jedną z arkad stał wysoki przystojny szaro włosy młodzieniec w długiej szkarłatnej szacie w najnowszym skandyjskim stylu.
- Słyszałem, że pojawiliście się mieście. – powiedział zbliżając się do nich. I dodał z drwiną w głosie: - Wasze Wykokoście.
Na palcu mężczyzna miał pierścień z wygrawerowanym drapieżnym ptakiem. To był symbol jednego z możnych rodów ze świata Romei. Nie pamiętał czy popierali oni jego ukochaną czy się jej sprzeciwili.
Stali nieruchomo, aż otwarto drzwi jednego z pomieszczeń. Ujrzeli skromnie urządzony pokój, w którym na honorowym miejscu zawieszono sztandar z wijącymi się trzema czarnymi skalnymi wężami. Romea głośno wciągnęła powietrze, i nawet Junial znał to godło. To był herb starego zakonu walczącego w wielu światach. Uważali się za boskich, namaszczonych wojowników chroniących dobro i porządek bez zwracając uwagi na granice światów. W niektórych ze światów byli poważani, w innych bezlitośnie tępieni. Zazwyczaj stali po stronie starych dynastii i obyczajów, z rzadka wspomagając rebelie. Nieprzewidywalni, walecznie i odważni aż do szaleństwa. Na pewno byli groźnymi przeciwnikami. Za młodzieńcem Junial ujrzał dwójkę podobnych do niego ludzi. Szaro włosa para w średnim wieku, była odziana w pozornie skromne, ale w rzeczywistości bardzo kosztowne stroje, a ich twarz zdradzały wrodzoną dumę i dobre pochodzenie. Włosy zebrane na czubkach ich głów w kokach znamionowały dowódców i wytrawnych wojowników. Od razu wiedział, że nie powinni spodziewać się niczego dobrego po tych ludziach.
- Wierzyliśmy, że kiedyś traficie do tego świata i miasta… ale nie spodziewaliśmy się, że traficie pod nasz dach… Wasze Wysokości… - powiedział zbliżając się do nich starszy mężczyzna.
Poruszał się niczym oswojony drapieżnik, a jego oczy lśniły bezlitosną, wyrachowaną inteligencją.
- Cóż za szczęśliwe zrządzenie losu - powiedziała kobieta z przekąsem, nie ruszając się z miejsca.
Nie podobał mu się taki wstęp. Przygotował się na najgorsze. Zatrzasnęły się za nimi drzwi, które dodatkowo zaryglowano. Czyżby uprzejmy grubas chcąc im pomóc, skierował ich do tego miejsca, które powinni byli unikać? Od dawna się tego obawiał. Nieznajomy pomagając im, wpakował ich w coś naprawdę paskudnego.
Spojrzał na ukochaną. Musiał się uspokoić i chronić ją najlepiej jak umiał. Nic innego się nie liczyło.
- Zapraszamy na poczęstunek.- powiedział młody mężczyzna i wskazał na jedno z zamkniętych pomieszczeń. - Musicie być głodni i zmęczeni.
Wahał się nie wiedząc czy ich gospodarze hołdują starym zasadom gościnności, która zakazywała atakowania gości, ale Romea skinęła głową, zgadzając się na ich propozycję. Nigdy nie traciła zimnej krwi. Zaprowadzono ich do pięknej, starej sali i wskazano im honorowe miejsca przy niskim stole. Usiedli na poduchach i odmówili krótka modlitwę. Podano siedem dań, od smaku których już odwykł. Surowe mięso morskich stworzeń, ostre przyprawy i łagodne, słodkie owoce oraz kwiaty, potrawy, które przywiodły do niego wielu przyjemnych wspomnień. Lubił skandyjską kuchnię. Delektował się każdym kęsem. Podobnie jak jego ukochana.
Gospodarze obserwowali ich z uwagą. Udawał, że tego nie widzi. Czasem spotykali nieznajomych, którzy chcieli ich za coś ukarać. Lub czegoś od nich żądali. Męczyło go już to, ale akceptował to. To był część jego życia u boku ukochanej.
- Czy Wasz Wysokość wie co się dzieje się obecnie w jej ojczyźnie?- zapytała nagle kobieta.
Romea pokręciła głową.
- Tron ocieka krwią, a na dworze nie żyje niż nikt, kto miał wysoką pozycje przed Księżycową Czystką.- kobieta wyrzucała z siebie słowa, walcząc z emocjami.
- To bardzo groźny rytuał. – powiedziała cicho Romea. - Wymaga wielu ofiar.
Kobieta skrzywiła się i cicho zasyczała.
- Nie było innego wyjścia… - powiedział młodzieniec.- Ktoś musiał powstrzymać bestie.
Kobieta zatrzęsła się, a Romea obserwowała ją spod pół przymkniętych powiek.
- Ucieczka Waszej Wysokości była najstraszniejszym ciosem dla dynastii, w całej jej historii.- powiedział starszy mężczyzna. – Ale, osobiście, rozumiem dlaczego podjęłaś pani taką decyzję.
- Doprowadziliście do upadku nasz dom.- powiedział spokojnie młodzieniec, gdy skończyli jeść swoje ulubione potrawy.
Jego beznamiętny ton głosu niepokoił Juniala.
- Opowiedzenie się po którejś ze stron, mogło zapobiec wojnie.- dodała już mniej spokojnie zachowując się kobieta.
Ukochana spojrzała wprost na nią i powiedziała dobitnie:
- Lub ją przedłużyć. – powiedziała powoli Romea. - Nasza licząca wiele tysięcy lat historia zna przypadki, gdy traktat pokojowy tylko wszystko pogarszał. I szybko dochodziło do nowej, gorszej i dłuższej wojny…
Młodzieniec uśmiechnął się nieszczerze i szeroko rozłożył ramiona.
- Już nigdy się nie przekonamy co by się stało, gdy Jej Wysokość podjęła inną decyzję - zauważył zwracając się w stronę kobiety.
- Czasem trzeba się ugiąć… przed silnym przeciwnikiem – nie ustępowała kobieta.
- …lub przeznaczeniem.- dodał drugi mężczyzna.
Junail miał ochotę przerwać tą rozmowę, ale nie mógł niczego narzucać swojej ukochanej, która milczała jak zaklęta, wytrzymując spojrzenie gospodarzy.
- Każdego w końcu spotyka kara za jego grzechy.- zauważyła kobieta nerwowo zaciskając dłonie.
Dziwił się, że nosiła wysokie odznaki świadczące o jej pozycji w skandyjście hierarchii wojskowej. Wyglądała jak kłębek nerwów.
- Koleje losu prowadza każdego z nas tam, gdzie jest jego przeznaczenie. – powiedział cicho Junail spoglądając to na na gospodarzy, to na ukochaną.
Wiedział, że starają się nie okazywać mu otwarcie wrogości. Był równy urodzeniem ukochanej, ale pochodził z innego świata i w ich oczach stał o wiele niżej niż oni. To że od początku ona traktowała go jak równego sobie sprawiło, że był jej tak lojalny. Mógłby za nią umrzeć.
- Wasza Wysokość na pewno miała swoje powody – zauważył młodzieniec znów szeroko i nieszczerze się uśmiechając. – Choć zależał od niej los całego naszego świata… wybrała swoją… tułaczkę…
Wiedział, że tego co stracił, nigdy nie będzie w stanie jej wynagrodzić. Tak wiele przez niego straciła. Może jednak źle jej poradził? Jasnowłosa piękność prawie nie zwracała uwagi na młodzieńca. Zamyślona, powoli jadła swoją ulubioną potrawę. Czy wspomniała rodzinne strony i swoje życie? Nawet on nic nie mógł wyczytać z jej twarzy.
Młodzieniec zaryzykował odzywając się jeszcze raz.
- Jeśli obiecasz nam pani później pomoc, możemy wynieść cię na tron. Jest teraz pusty. Na Kamiennym Dworze trwa teraz zamieszanie, nikt nie stoi ci pani na drodze do władzy…
- Pełno tam zdrajców i oszustów, nasza ojczyzna upada a wszystko przez wypuszczenie Prabestii – wyrwało się kobiecie.
Kobieta patrzyła wrogo na jego ukochaną, a jej głos był przepełniony goryczą i bólem. Miała jej za złe, to co się stała i co wybrała w przeszłości. A Romea to znosiła ze spokojem. Brała odpowiedzialność za swoje wybory, ale nikomu się nie tłumaczyła. Zastanawiał się czy jego ukochana tego właśnie pragnęła. Była dumna i ambitna, ale zarazem wręcz absurdalnie honorowa. Nigdy nie zgodziła by się, aby w jej imieniu dokonywano zamachów, sabotaży i skrytobójczych egzekucji. Wolała otwartą wojnę niż podstępne działania. Jeśli kogoś nienawidziła, nie wahała się zabrudzić sobie rąk. Nigdy nie wybaczała zniewag i win. Znał jej okrucieństwo i podziwiał jej. Była już królową, nawet jeśli nie władała żadną krainą. Ludzie, którzy ich gości nie znali jej. Nie wiedzieli jak bardzo się narażają. Obrażali ją i poniżali swoimi zadaniami. Nie miał pojęcia jak rozwinie się tak sytuacja. Do czego mogły doprowadzić te dziwaczne pertraktacje? Właściwie to go nie dotyczyło. Mógł tylko obserwować z boku przebieg zdarzeń.
- Gwarantujemy ci pani…- zaczął starszy mężczyzna, ale Romea przerwała mu ruchem dłoni, uciszając go.
- Nikt nie może panować nad losem. – powiedziała cicho. - Gdyby tak nie było, nie prowadzilibyśmy tej rozmowy, bo każde z nas znajdowało by się w całkiem innym miejscu…
Gospodarze spojrzeli na siebie.
- Oferujmy ci swoją pomoc, pani.- zaczął znów młodzieniec. - Możemy ci przyrzec na własne życie, że dotrzymamy swojej połowy umowy…
- Nikt z nas, nawet ja, nie ma na to wpływu co mnie spotka.- powiedziała z lekką drwiną Romea.
To nie do końca była prawdą, ale potrafiła z tego w co wierzyła i z siebie samej żartować. Przed ceremonią Księżycowej Czystki usłyszała przepowiednie, która zaważyła na jej życiu. To przez nią podjęła pewne kroki, a on miał odwagę zaoferować jej swoją pomoc i życie.
Starano się na nią wpłynąć, ale to do niczego nie mogło doprowadzić. Nie mieli nic co by ceniła i szanowała. Spojrzała na nich spod pół przymkniętych powiek. Bardzo poważnie traktowała wszystkie przysięgi i nie wybaczyła by nikomu zdrady.
Milczała, gdy starali się ją przekonać. Mając ją po swojej stronie mogli by żądać dla niej tronu i przywilejów dla siebie. Zaczęła by się tym samym, epoka krwawej zemsty. On sam był tylko widzem w tym prawie dworskim spektaklu. Obserwował wszystko uważnie czekając na decyzję Romei. Czy ci goszczący ich ludzie wierzyli, że mogą zdobyć władze czy choćby tylko chwilową przewagę nad tą dumną pięknością? Stawiając jej swoje warunki, tym samym przekreślili szanse na realizację swojego planu. Wyliczali ludzi, którzy muszą zginąć i ziemie, które pragnęli zagarnąć dla siebie i swojego zakonu. Byli pełni zapału i nadziei i przez to nie zwracali uwagi na jej zachowanie. I nie mieli pojęcia, że już przegrali. Tak jak dając im czas do namysłu, i oczywiście do stworzenia planu ucieczki.
W końcu zmęczeni i przekonani o swoim sukcesie gospodarze wstali od stołu. Zaprowadzili ich do sypialni i dwoje z nich od razu wyszło. Młody mężczyzna został z nimi i szczelnie zamknął drzwi.
- Wybacz pani naszej towarzyszce. – powiedział cicho konspiracyjnym tonem. - Straciła całą rodzinę, przyjaciół i majątek gdy bestia się przebudziła… Ceremonia każdym z nas wstrząsnęła. Zniknął świat, który znaliśmy.
Romea opuściła głowę. Nie wiedział czy często wspominała zdarzenie, które uczyniło z niej wygnankę. To była dla niej bardzo bolesna chwila. Musiała wyrzec się tego, co był do niej ważne, zaryzykować i wyruszyć w niebezpieczną drogę. Nie tak ją wychowano. Nie była przygotowana do tego co się wydarzyło.
- Wiem – powiedziała cicho. – Bestia była przerażająca, taka dzika, szalona, wszechmocna… Jej wypuszczenie nie przyniosło szczęścia naszym rodakom.
Młodzieniec chciał coś dodać, ale niespodziewany hałas na korytarzu go zaniepokoił. Szybko się pożegnał i wyszedł.
Zostali sami. Oddano do ich dyspozycji duży pokój oświetlony grubymi świecami, urządzony w stylu skańskim. Masywne niskie, drewniane meble, ciężkie, ciemne tkaniny i kruche, delikatne jak kwiaty ozdoby, były dokładnie takie jak pamiętał. Romea powinna poczuć się tu jak w domu, ale była niespokojna. Żadne z nich nie położyło się na posłaniu, nawet pomimo zmęczenia.
Czyścił i porządkował broń siedząc na posłaniu, a Romea stała przy oknie spoglądają na gwiazdy. Wiele myśli musiało się kłębić w jej głowie. Nie naciskał licząc, że sama się przed nim otworzy. W końcu z westchnieniem usiadła na posłaniu obok niego.
- Tak nisko upadałam, że rozważam ich propozycje…- wyjawiła mu.- Tęsknię do domu… Nawet do tego co sprawiało mi kiedyś ból… Nigdy bym w to nie uwierzyła.
Z trudem przychodziło jej przyznawanie się do słabości. Była szkolona od dziecka, by zawsze nad sobą panować. Nie czuć tego co czuli zwykli ludzie. Miała być lepsza, silniejsza i bardziej zdeterminowana. Uczono jej walki na wielu polach. Musiała walczyć bez przerwy, też z własnymi słabościami.
- Miałam zostać królowa. Obiecywali mi to. A potem…- powiedziała i emocje, które ukrywała przed każdym, poza nim, zmusiły ją by zamilkła. - Nie mogłam się zgodzić na to co mi zgotowano… To był dla mnie zbyt wiele…
Znów zamilkła, a jej oczy napełniły się ogniem. Była o krok od przekazania królestwa w ręce wroga. Haniebnej zdrady, której tak bardzo się bała. Wiedział o tym równie dobrze jak ona.
- Rozumiesz to? – Zapytała spoglądają na niego z niepokojem.
Skinął głową.
- Obiecuje, że dam ci kiedyś tron.- powiedział dotykając jej dłoni.
Uśmiechnęła się do niego.
- Sama go zdobędę.- oświadczyła z przekonaniem. – i już nie oddam…
Wierzył, że jest do tego zdolna. Była silna, o wiele silniejsza niż on. Wierzył, że nie cofnęła by się przed odpowiedzialnością, która jego sparaliżowała.
- Potrzebować będę tylko kogoś kto będzie przy mnie stał… zawsze.
Bez słowa osunął się na kolana dotykając czołem jej dłoni. Był gotów jej służyć aż do śmierci. Wiedziała o tym.
Łączyło ich tak wiele. Może zakochali się w sobie, bo byli podobni do siebie, niczym swoje odbicia? Ona była światłem, a on jej cieniem. Oboje nienawidzili się poddawać i za wszelka cenę chcieli przeżyć i wygrać. Udowodnić innym ile są warci. On co prawda stracił swój cel, i miejsce we światach, ale dzięki niej zyskał inny, ważniejszy większy cel, któremu mógł się poświęcić. Teraz wierzyli w to samo. To łączyło ich najsilniej i najściślej. Dlatego rozumieli się tak dobrze. Dzielnie razem znosili wszelkie przeciwności losu. Gdy nie mieli szczęścia nie narzekali, tylko starali się poradzić sobie z każdym zagrożeniem i przeciwnikiem.
Teraz powinien ich wydostać z tego pokoju i domu. Wstał i podszedł do drzwi. Zbadał je. Nie będzie łatwo je otworzyć. Nie przejął się tym.
- Zamek jest solidny, ale w razie czego można zniszczyć zawiasy. – powiedział sprawdzając konstrukcje i zamka i zawisów.
Romea skinęła głową. Nie wyglądała na zaniepokojoną. Gdy sięgnął pamięcią wstecz, widział wiele podobnych pomieszczeń. Już zdarzyło im się to kilka razy. Teraz znów byli uwięzieni, i znowu prowadzili podobną rozmowę.
- Uciekniemy i zajdziemy na sam szczyt.- powtarzał, a ona uśmiechnęła się do niego.
Romea zagasiła większość świec. Pokój pogrążył się w kojącym półmroku. Nie mówili tego na głos, ale przecież podobnie myśleli. Wiedzieli, że muszą uciekać. Byli na to gotowi. Wiele raz, przyjaźni na początku nieznajomi, próbowali ich zabić lub do czegoś zmusić. Oboje już dawno wybrali swoje przeznaczenie i się go trzymali. Los nie szczędził im niespodziewanych ciosów i porażek, ale nie poddawali się. On sam nawet o tym nie myślał. Działał i za każdym razem udawało im się ocalić skórę i ochronić ukochaną. Czasem naprawdę wierzył, że jakaś potężna prastara moc lub świadomość gdzieś ich kieruje. Ufał jej. Teraz poczuł, że powinien poczekać na znak.
Wrócił na posłanie i usiadł obok ukochanej. Objął Romeę ramieniem i siedzieli przytuleni, w kompletnej ciszy. Wyciszył się.
Nagle usłyszeli hałas dochodzący spod drzwi. Oboje do razu wstali. Porozumieli się spojrzeniami. Wiedzieli co muszą zrobić. Ustawili się po obu stronach drzwi, które się bezszelestnie otworzyły.
Do pokoju zakradał się niski, chudy cień. W jego dłoni lśnił kamienny sztylet. Poruszał się po pogrążonej w półmroku komnacie, jakby znał ją dobrze.
Skoczył na napastnika i sprawnie, szybko go ogłuszył. Więcej się spodziewał po tym skrytobójcy. Czy to był kolejny samozwańczy mściciel i dłoń Świętej Sprawiedliwości? Gdy Romea odsunęła się od Krwawego Kamienia, którym to czynem obraziła Prastarą Bestię stała się przeklęta. Każdy wierzący w Prastarych był zobligowany ją za to ukarać.
Odwrócił nieprzytomnego agresora na plecy. Razem spojrzeli na twarz intruza. Smutna twarz dziewczyny była pokryta bliznami i ranami. Jej chuda, skulona sylwetka rozciągnięta na podłodze wyglądała żałośnie. Czym się kierowała atakując ich?
- To prawie dziecko. – zauważył.
Prawie współczuł dziewczynie.
- Ale nawet dziecko potrafi zaatakować. – zauważyła piękna, zimna kobieta którą kochał.- Jak małe drapieżnie zwierzątko. Zwiąż ją, żeby nie poszła za nami.
Miała rację. Ci którym się współczuje byli najniebezpieczniejsi. Gdy traciło się czujność wykorzystywali to. Lepiej było zawsze mieć się na baczności. Przeszukał i związał dziewczynę rozsypując na podłodze wokół jej rzeczy i ostrożnie wyjrzał na korytarz. Wszędzie było cicho i spokojnie, ale czuł że coś się szykuje.
- Dom jest uśpiony, ale nie możemy tu zostać.- powiedział w kierunku ukochanej.
Zgodziła się z nim. Zabrała młodej skrytobójczyni broń i mały przedmiot, który ukryła w pasie. Zawsze coś odbierała pokonanym wrogom. Traktowała to niczym łupy wojenne i nigdy się z nimi nie rozstawała. Bawił go ten zwyczaj.
Wymknęli się na korytarz. Szli cicho i powoli długim ciemnym korytarzem. Nie wiedział, gdzie prowadzi korytarz, ani jak najszybciej się wydostać z budynku, ale nie zatrzymali się ani na chwilę. Wyrzucał sobie, że nie zapamiętał i nie poznał lepiej układu pomieszczeń. Musieli liczyć na szczęście.
Przed sobą ujrzeli poruszające się przyćmione światło. Zatrzymali się i nasłuchiwali. Dotarły do nich ściszone szepty i niepokojący metaliczny hałas. Wycofali się szybko, w przeciwnym kierunku. Światło nieuchronnie zbliżało się do nich. Cofali się coraz bardziej, aż dotarli do wysokiej, ciemnej komnaty pełnej posągów. Nieludzkie oblicza skrzydlatych posagów nie zrobiły na nim dobrego wrażenia. Nie wiedział z jakiej religii pochodzą te bóstwa lub istoty opiekuńcze.
- Co to jest za miejsce? – zapytała Romea cicho, rozglądając się wokoło.
- Może bogowie tego świata? – odpowiedział i wskazał jej, by ukryła się pod ścianą w cieniu. - A może to przodkowie lub opiekunowie gospodarzy domu?
Romea była sceptycznie nastawiona.
- Nie wyglądają zbyt imponująco i szacownie. Zdają się raczej nie przynosić ze sobą niczego dobrego… może mają za zadanie odstraszać intruzów?
Uśmiechnął się ze zrozumieniem. Często oceniała kogoś lub coś po pozorach, ale nie dawała się nikomu długo oszukiwać. Chciał coś powiedzieć, gdy odległy znajomy dźwięk go zaniepokoił.
- Słyszysz?- zapytał szeptem, nie mając pewności czy słuch go nie zwodzi.
Skinęła głową. Uspokoiło go to, ale nadal nie mieli jak uciec z sali, do której było tylko jedno wejście. Odsunęli się od drzwi, którymi przybyli. Schowali się w głębokich cieniach, które rzucały posągi.
Zacisnął palce na rękojeści sztyletu, którym najwygodniej było mu podrzynać gardła. Żałował, że pozbył się swojego miecza, który był dla niego jako wierny towarzysz. Sprzedał go by ofiarować ukochanej naszyjnik i ciepły piękny płaszcz. Dobrze postąpił, ale czasem tęsknił za ostrzem, które nigdy go nie zawiodło.
Wstrzymał oddech czekając. Do pomieszczenia weszły trzy osoby. Mieli niezwykle ozdobne maski na twarzach. Ubrani w długie, ciemne szaty podeszli do posągu przedstawiającego kobietę o czerwonej skórze i szczęściu ramionach . Ukłonili się jej i wyszeptali długą inwokację. Dwie postacie zbliżyły się do posągu i pociągnęły za dwa środkowe ramiona kobiety.
Usłyszał nieprzyjemny, zgrzytliwy hałas i ujrzał jak ściana za posągiem otwiera się powoli. Po chwili trzy postacie weszły do innego, ukrytego pomieszczenia.
- Co tam może być? – zapytała szeptem piękność.
- Nie mamy czasu by to sprawdzić – odpowiedział bez zastanowienia. – Musimy szybko uciekać stąd, póki nikt nam nie stoi na drodze.
Wiedział, że Romea ma ochotę sprawdzić co robią ich gospodarze, ale był twardy. Ruszył do drzwi. Ociągając się, niechętnie skierowała się za nim. Zawsze pociągały ją wszelkie tajemnice i przez to zapomniała o rozsądku. Szedł cały czas oglądają się za siebie i sprawdzając czy ukochana za nim podąża. Rozproszył się. I to dlatego, nie zauważył napastnika ukrytego za jednymi z mijanych drzwi.
Kątem oka ujrzał ruch, ale nie zdążył zareagować. Poczuł cios zadany w lewy bok i ból z rany promieniujący na całe ciało. Zachwiał się i oparł o ścianę. Usłyszał za sobą znajomy hałas i cichy jęk. Kiedy podniósł spojrzenie, zobaczył jak jego ukochana odpycha od siebie ciało napastnika. Chude, żylaste ciało starca upadło na posadzkę nieruchomiejąc. Wyraźnie widział znaki wymalowana na jego ciele. Znał je aż zbyt dobrze. Czy to był gość, a może służący w tym domu? Jakie drogi zaprowadziły go do tego miejsca?
- Nienawidzę kiedy to robią i muszę ich zabijać - powiedziała Romea cicho, wycierając swój sztylet w bandaż, który trzymała w dłoni. Spojrzała na niego zaniepokojona.- Jesteś poważnie ranny?
Pokręcił głową, uruchamiając kolejną falę bólu.
- To nic takiego. – powiedział przez zaciśnięte zęby. - Idźmy szybciej.
- Leci ci krew - powiedziała przykładając do jego rany swoją najlepszą chustę. – Nie mogę jej teraz obejrzeć, musi wystarczyć, że ją opatrzę…
Zacisnęła chusteczkę na ranie, a potem zmusiła go by oparł się na jej ramieniu. Z trudem zrobił kolejne kroki.
- Musimy się wydostać.- szeptał, a korytarz huśtał się i kręcił mu się przed oczami.
Nie miał sił na nic więcej niż powolne i mozolne stawianie kolejnych kroków. Każdy ruchu wywoływał fale bólu, jakby po jego żyłach krążyła jakaś trucizna. Czuł się strasznie i był przerażony. W takim stanie nie mógł obronić jej przed zagrożeniami.
- Wydostaniemy się. – zapewniała go ukochana.
Była twarda i bezwzględna, ale czasem zaskakująco bezbronna. To on powinien ją bronić i osłaniać. Zapominał, że potrafiła walczyć i gdy była zmuszona do konfrontacji stawała się niepokonana. Była gotowa walczyć do upadłego i zabijać. Podejrzewał, że zaatakowała by nawet bogów i demony. Podziwiał ją za to. A teraz on był bezużyteczny i powinna go porzucić by uratować swoje życie. Powinien jej o tym powiedzieć, ale brakowało mu tchu. Zmuszał się by iść. Wiedział, że muszą szybko wydostać się z tego domu i świata. Dotarli w końcu do dziedzińca.
- Brama jest już blisko.- powiedziała ukochana, a w jej głosie dźwięczała ulga.
Romea otworzyła bramę i w końcu opuścili dom pełen zagrożeń. Dotarli do bocznej uliczki, ale nie mieli szczęścia. Ktoś zastąpił im drogę.
Jego ukochana znieruchomiała. Wyczuwał jej napięcie i strach. Z wysiłkiem uniósł głowę. Ujrzał dwoje wojowników ze swojego królestwa. Znał i ich zbroje i twarze, ale nie spodziewał się jeszcze ich zobaczyć. Uznany za zdrajcę i zabójcę królów, naraził się wielu potężnym rodom i musiał uciekać przed ich zemstą. Uciekał przed nimi i kilka razy, tylko cudem uniknął śmierci z ich ręki. Wydawało mu się że zgubił ich i jest już bezpieczny. Teraz jednak nie znów ich ścieżki się przecięły i tym razem nie miał szansy się obronić. Co gorsza mogli też zabić lub uwięzić jego ukochaną. Chciał prosić ukochaną by go zostawiła i uciekała, ale przebieg wypadków go zaskoczył.
Wojownicy rzucili się na nich bez ostrzeżenia i mógł tylko zasłonić sobą, ukochaną przed atakiem. Poczuł zimno i ból gdy ich broń w niego uderzyła. Jego ukochana krzyknęła i przestrzeń wokół niej zaroiła się od cieni. Krzyknęła jeszcze raz i niewidzialna siła odrzuciła wojowników do tyłu. Zaskoczyła ich tym, ale już po chwili starali się ją znów zaatakować. Skierowali na nią swoją broń, ale coś za każdym razem odbijało ją w bok. Widział coraz mniej wyraźnie. Jego ukochana nie poddawała się i zmuszała wojowników do wycofania się. Nigdy by się nie poddali, a opór tylko wzmagał ich determinację i okrucieństwo.
Romea wykorzystywała swoje obrończynie i chroniła ich oboje.
Powinien coś zrobić, ale nie miał już nawet siły stać. Zachwiał się i osunął na ziemie. Był bezużyteczny. Gdy upadł, wyczuł twardy przedmiot, ukryty w swoim ubraniu, który wbijał mu się w biodro. Sięgnął nieporadnie by go wyjąć. Wymacał go i z trudem wydobył spomiędzy warstw ubrania. Ujrzał mały gładki i lśniący kamyk. Ktoś włożył mu do kieszeni jeden z kamieni z targowiska. Kto i po co to zrobił? Patrzył się na niego ciepły blask, a świat wokół powoli pogrążał się w mroku. Poczuł jak kamień zaczyna się nagrzewać. Czuł jak jego krew wsiąka w kamień, i jak budzi go do życia.
Ziemia pod nim zatrzęsła się. Chciał ostrzec ukochaną, ale było za późno. Oboje zaczęli się zapadać w podłoże. Coraz niżej i niżej. Pod ich stopami otworzyło się przejście. Nie miał pojęcia, że to możliwe. Coś wciągało ich. Nie mogli się już wycofać i uratować. I to była jego wina.
Wojownicy rzucili się do przodu i wtedy coś przecięło ich na dwie części. Przynajmniej nie będą już za nimi podążali. Ukochana chwyciła go mocno za ramię i razem spadali w mrok.
Pierwszy raz przejście były tak głębokie. Wokół nich wirowały pasma światła i plamy ciemności. Czuł ucisk, jakby na jego ciało naciskał cały ciężar świata. Z trudem oddychał. Czuł, że nie wytrzyma tego zbyt długo. Na szczęście obręcz znikła i był wolny. Gdy otoczyła ich kojąca ciemność odetchnął z ulgą.
Osunęli się jeszcze odrobine niżej. Nie miał pojęcia gdzie są, ale on czuł tylko spokój. Leżał z zamkniętymi oczami, bo na nic nie miał już siły. Było mu słabo i miał wrażenie, że odpływa w sen. Coś niepokojącego się z nim działo. Ciało było nienaturalnie ciężkie i bezwładne. Z trudem utrzymywał koncentracje. Nie mógł o tym powiedzieć ukochanej.
Czuł jak go opatruje, ale wiedział, że to nie wystarczy i będzie musiał ją opuścić. Od kiedy ją poznał wiedział, że pragnie dla niej umrzeć. Jeszcze nie chciał tego robić, nie teraz gdy byli nie wiadomo gdzie.
- Trafiliśmy do jakiegoś świata i świątyni.- wyszeptała ukochana. - Nigdy takiego nie widziałam… choć jest w tym miejscu coś znajomego. Tylko nie potrafię określić co to…
On tez czuł to. To było zupełnie tak jakby wrócił do domu. Coś pobudzało jego wspomnienia. Prowadziło go. Przestał się opierać i rozluźnił napięte mięśnie. Powoli zalało go cudowne uczucie spokoju. Mógł w końcu się odprężyć i odpocząć.
3.
Zemdlał. Po raz pierwszy odkąd się znali stracił przytomność. Zaskoczyło ją to. Był taki bezbronny.
Leżał na ciemnogranatowej posadzce rzeźbionej w misterne geometryczne wzory. Wysokie, gęsto ustawione kolumny były na górze szaro fioletowe. Pokrywały je zawiłe roślinne wzory. Nie mogła dostrzec w mroku żadnej ściany. Wydawało się, że pomieszczenie ciągnie się w nieskończoność. Spojrzała w górę, ale nie dostrzegła sufitu. Nie miała pojęcia jak trafili do tego miejsca. Przejście otworzyło się pod ich stopami i spadli do innego świata.
Spojrzała znów na ukochanego. Widok ranny i martwych mężczyzn zawsze ją fascynował. W dzieciństwie wymykała się ze swoich komnat i krążyły po zamkowym szpitalu. Potrafiła czekać godzinami by ujrzeć czyjąś śmierć. Wierzyła, że po najlepszych wojowników przychodzi Białooka Bogini by zabrać ich do swojego świata. Zawsze chciała ją spotkać i zapytać o tak wiele spraw. Dorośli za to uważali, że ma makabryczne gusta po swojej babce. A ona pragnęła tylko wiedzy i potwierdzenia. Inni nigdy nie rozumieli jej.
Wstała i zrobiła kilka kroków w każdym kierunku. Dlaczego to miejsca wydawało jej się znajome? Wsłuchiwała się w siebie, ale odpowiedź ciągle się jej wymykała. Krążyła między kolumnami ale w końcu wróciła do kochanka. Spojrzała na niego. Wyglądał coraz gorzej. Jak mogła mu pomóc? Nie chciała by umierał. Nigdy nie zawiódł jej, przez co ufała mu bezgranicznie. Do tej pory nie wykonał żadnego fałszywego kroku. Zawodziła się na innych, na nim nie. Mogła na nim polegać. A do tego on, tak jak i ona, miał swoje tajemnice. Czegoś nie chciał jej wyjawić, ale mimo to była pewna, że dobrze wybrała. Byli sobie równi pod wieloma względami. Podobni i dopełniający się. I równie przeklęci. Ich szlachectwo krwi było ich piętnem, przez nie powoływali na nich wyznawcy Prawdziwej Wiary.
Usiadła obok ukochanego i wzięła go za rękę. Wyruszyli w podróż bez celu, chcąc tylko ocalić życie. Do tej pory udawało im się umknąć śmierci i przeznaczeniu. Przemierzyli razem wiele światów, a teraz razem trafili do ciemnego, cichego wnętrza budowli pełnej wysokich kolumn pokrytych znajomymi znakami i wzorami. Na szczęście panowała w nim cisza i spokój. Cieszyła się, że może odpocząć. Wszechobecny spokój skłonił ją to to rozmyślań.
Lubiła wędrówki, poczucie wolności, ekscytacje nowymi przygodami. A mimo to w wielu światach czuła, że powinna zrezygnować ze swych ambitnych planów i zacząć zwyczajne życie u boku ukochanego. Wtedy jednak zawsze coś niszczyło jej nadzieje. Za każdym razem, kiedy wydawało jej się, że może zacząć życie do początku, odcinając się od przeszłości, wydarzało się coś co burzyło jej plany i marzenia. Prześladowała ją jej krew lub czyny jej przodków. Akceptowała to. Taki był jej los. Musiała cierpieć i uciekać, by w końcu zdobyć to czego pragnęła lub umrzeć. Był przeznaczony jej i czekał na nią Cienisty Tron, który się jej należał przez krew i klątwy przodków.
Westchnęła. Czy nadal wierzyła w te legendy? Nie pamiętała, kiedy po raz pierwszy usłyszała opowieść matki, o niezwykłym miejscu, gdzie silna, wojownicza kobieta z ich rodu, miała zostać królową. Może to była tylko bajka, ale ona w nią wierzyła. Mocniej niż w cokolwiek innego. Z tego powodu podejmowała takie, a nie inne decyzje. To dlatego uciekła od Najświętszej i zrezygnowała z Najwyższego Zaszczytu, bo czuła, że nie jest jeszcze go godna. Niczego nie żałowała, ale czasem zastanawiała się co by się zdarzyło, gdyby została w domu rodzinnym. Uśmiechnęła się do siebie. Zapewne skończyła by jako dama Najwyższego Dworu i żona, któregoś z dalszych krewnych władcy. Rodziła by szlachetnokrwiste dzieci i martwiła się o ich los. Życie poświęciła by intrygom i próbom wyniesienia siebie, dzieci i małżonka bliżej Kryształowego Tronu. To oznaczało duży wysiłek i poświęcenia, ale zazwyczaj marne materialne korzyści. Ominął ją ten los. Nic czego można by żałować. Mimo tułaczki i niepewności swego losu, była całkiem zadowolona. Jeszcze mogła osiągnąć wszystko o czym marzyła. Czuła, że przeznaczenie wiedzie ją do wspaniałego, wielkiego, choć wciąż odległego celu.
Nie było jej pisane zostać zwykłą kobietą. Uśmiechała się, wyobrażając sobie swój przyszły sukces i chwałę. Jeśli będzie wytrwała, nie ominie jej nagroda. Będzie walczyć i dążyć do wielkości. Pokona swoich wrogów i zbuduje wielkie, wieczne imperium. Nie będzie się musiała o nic martwić. Otoczy opieką najbliższych. Odpłaci za krzywdy i pomoc. Niczego nie zapomni. Niczego nie daruje. Będzie sprawiedliwa i surowa, czasem nawet okrutna. Wyrówna rachunki z przeszłości. Pomoże tym, którzy ja chronili. Sprawi, że czyjeś życie się na zawsze odmieni. Ona już o to zadba.
Snuła swoje ulubione marzenia, gdy nagle jakiś hałas poderwał ją do góry. Rozejrzała się zaniepokojona. Nie spodziewała się, że ktoś jeszcze poza nimi jest w tej budowli.
Po chwili wróciła do nieprzytomnego mężczyzny, ujęła jego rękę. Ukochany ścisnął ją za dłoń, a ona zaskoczona spojrzała na niego. Ciągle leżał z zamkniętymi oczami. Nie był przytomny, a mimo to wyczuwał zagrożenie? Znów zaczęła rozglądać się wokoło. Sama nie wiedziała, czego powinna się spodziewać. Kątem oka ujrzała ruch. Ktoś przemieszczał się błyskawicznie w mroku? Zamarła, bo dostrzegła w postaci, coś znajomego. Wydawało jej się że ujrzała Strasznego Wielorękiego, straszydło, którego panicznie bała się w dzieciństwie. Miała ochotę uciekać, ale zmusiła się do spokoju. Wszędzie, gdzie wędrowała zabierała ze sobą swoje lęki. Była tego świadoma i nigdy nie wypierała się swoich słabości. Czasem tylko udawała, że czegoś nie zauważa. I że o czymś nie pamięta. To co ujrzała na pewno było tylko złudzeniem, a nie potworem z jej koszmarów. Wstydziła się swojej pierwszej reakcji, i cieszyła się nikt tego nie widział. Czy jej ukochany był świadom jak wiele ukrywała?
Siedziała wsłuchana w ciszę, a jej myśli błądziły. Co kryła ta budowla? To miejsce coś jej przypominało. Może budowle, które już w przeszłości wiedziała? Nie pamiętała tylko gdzie i kiedy. Usłyszała odległe dźwięki i zaczęła się zastanawiać czy coś żyło w tym miejscu. Wiedziała, że powinna sprawdzić źródło hałasów. Musiała przygotować się na każdą możliwość. Dotknęła sztyletu ukrytego na piersiach i cicho przywołała swoje obrończynie, były blisko niej. Czuła ich obecność i to ją podnosiło na duchu. Nawet jeśli za każdą ich pomoc musiała im zapłacić.
Ruszyła, kierując się w stronę hałasów, ale stanęła jak wryta, kiedy nagle w oddali ujrzał cień. Niezwykły i niepokojący kształt postaci z wieloma odnóżami, która zbliżała się błyskawicznie, a jej cień przemieszczał się skokami w jej kierunku. To nie było straszydło z jej snów, ale znała tą istotę. Tylko że nie powinno być jej w tym miejscu, ani żadnym innym. Widziała śmierć ostatniego z tych stworzeń. Uczestniczyła w polowaniu, w którym zaszczuto i rozerwano na strzępy ostatnią parę z młodym. Jeśli jednak choć jedno z nich przeżyło….
Jej oczy coraz szerzej się otwierały. Nie spodziewała się tego, że ujrzy widma z przeszłości, które miała nadzieję już dawno zostawić za sobą. Na chwilę straciła odwagę i władze nad ciałem. Jednak czy ucieczka by coś dała? Istota mogła by za nią podążać. Jej krew przyciągała wiele groźnych istoty z wielu światów. Nieostrożne kobiety z jej rodu, często ginęły w tajemniczych okolicznościach i wydawało się, że coś ciągle je prześladowało. Wiedziała o tym i była przygotowana na to, co mogło ją spotkać. Czasem tylko w takich chwilach słabości strach ją obezwładniał. Tak jak wtedy, gdy widziała w snach wielkiego człowieka pająka, który zjawiał się niespodziewany, by przypomnieć jej o przeszłości i jej przyszłości.
Westchnęła i starała się uspokoić. Powinna uwolnić się od dziecinnych lęków, ale one były wciąż silne. Czasami silniejsze od niej. W pewnych sytuacjach zawsze obezwładniał ją strach i nie mogła nic na to poradzić. Z trudem się otrząsała z takich doświadczeń. Los jej ich nie szczędził. Czy to było częścią jej przeznaczenia?
Stała nieruchomo, a postać przemknęła obok niej. Na chwilę dotknął ją cień wielorękiego i zimno przeniknęło ją na wskroś. Poczuła się jak dziecko, które musi patrzeć na przelew krwi bez jednej emocji. Równie mocno nienawidziła swoich nauczycieli, co katów którzy byli w jej orszaku. Przypomnienie sobie tych przeżyć popsuło jej humor. Mimo upływu lat nie uporała się z wieloma sprawami. Obrazy z przeszłości zakrywały cieniem jej przyszłość. To co zrobiła, było niczym plamy i rany, z którymi musiała się pogodzić. Czy łudziła się, uważając się za silną? Zabolało ją to iż nie przeszła tej próby pomyślnie.
Nie mogła jednak sobie pozwolić na użalanie się nad sobą. Przywołała się do porządku. Musiała się czymś zająć i to od razu. Przygotuje się, a potem sprawdzi czy ktoś jeszcze jest w tym miejscu. Obejrzała na wszelki wypadek rany i opatrunki kochanka. Opatrzyła je tak jak umiała najlepiej i poziom jej umiejętności pozostawiał wiele do życzenia, ale przynajmniej zatamowała krwawienie. Może powinna się nauczyć robić to lepiej, gdy miała okazje? Teraz jednak nie miała czasu by się nad tym zastanawiać.
Wstała i ruszyła między kolumnami szukając kogokolwiek. Po cichu liczyła, że znajdzie kogoś lub coś co mogło pomóc jej ukochanemu. Szła długo, aż dotarła do krawędzi budowli. Ku swojemu zaskoczeniu ujrzała stopnie prowadzące do ogrodu. Przed sobą ujrzała tylko sadzawki i zielonoszary ogród ciągnący się, aż po horyzont. Zeszła po schodkach i obejrzała się. W obie strony ciągnęły się szeregami kolumny zwieńczone dachem. Kto były w stanie zbudować podobnie gigantyczny gmach? Podobnie ogród oszałamiał swoimi rozmiarami. Był pełny przyciętych i wypielęgnowanych roślin. Kto się nimi zajmował? Czy ktoś był w tym miejscu, obserwując ich z ukrycia? Zeszła do sadzawki i zaczerpnęła odrobinę wody. Napiła się gasząc pragnienie i zamoczyła chustkę, a potem wróciła do kochanka. Zwilżyła mu usta i położyła na czole mokrą chustkę.
Straciła odwagę by oddalić się od kochanka. To miejsce ją niepokoiło, a jedynym jego normalnym elementem był ranny mężczyzna. Siedziała, więc obok niego, zasłuchana w ciszę. Niespodziewanie ukochany przebudził się i poruszył sprawiając, że na opatrunku pojawił się nowa plama krwi. Zaczął majaczyć. Pytał ją o ludzi, których nie znała. Starała się go uspokoić. Co jednak wiedziała o jego dawnym życiu? Nie wierzyła w historie, które o nim słyszała. O tym że był głównym pomysłodawcą i wykonawcą haniebnego i krwawego zamachu i rzezi na władcach Ognistych Zamków. Ten czyn splamił by jego honor na zawsze. Tylko czy były do tego zdolny? Był lojalny i aż do przesady wierny. Nie porzucił by nikogo, komu by służył. Dla niego przysięg i obietnice były święte. Był gotów walczyć i zabijać dla swego króla, ale czy dla własnych korzyści byłby w stanie odbierać życie bezbronnych, chorych i słabych? Nigdy nie opowiadał jej o tym. Kryła się w tym tajemnica. Z jakiegoś powodu został przepędzony z domu. Ale co mu się stało? Nigdy jej nie mówił dużo o swojej przeszłości, ale widziała jego rany. Głębokie i prawie śmiertelne na piersiach i ramionach. Podejrzewała, że ktoś go skatował i porzucił, nie czekając na jego śmierć. A on jednak jakim cudem przeżył. Nie chciał jej tego powiedzieć co się wtedy mu zdarzyło, wiedziała tylko, że od tego czasu już tylko uciekał. Nie lubił mówić o swojej przeszłości. Tylko od czasu do czasu, gdy spotykali kogoś z jego świata dowiadywała się o nim czegoś nowego. Oczerniano go. Uważano za najgorszego z najgorszych. Został napiętnowany i skazany na śmierć w swoim świecie. Jego krew stała się jego przekleństwem. Był wygnańcem, bez domu i rodziny, tak jak ona.
Nigdy się na nic nie skarżył i nie tłumaczył. Podziwiała to.
Pogładziła kochanka po czole. Nagle poczuła, że ktoś lub coś oprócz nich jest w świątyni. Aura tej istoty była wyczuwalna i przytłaczająca. Czuła coraz silniejszy strach. Hałas z głębi budowli sprawił, że drgnęła i zacisnęła palce mocno na skraju swojego płaszcza. Wpatrywała się w las otaczających ją kolumn. W oddali ktoś przebiegło między nimi. Na półludzkie, na półzwierzęce stworzenie przeraziło ją. Wyjęła sztylet i skupiła się na obserwacji otoczenia.
Daleko między kolumnami ujrzała błyski światła i dobiegły do niej z tamtej strony dziwaczne odgłosy. Nakryła kochanka swoim płaszczem i sama cofnęła się w mrok. Dochodziło do niej szepty i odgłosy metalu uderzającego o metal. Nie wiedziała co się dzieje. Czekała i to doprowadzało ją na granicę szaleństwa. Nie mogła ustać w miejscu. Oddalała się od kochanka, aż ujrzała poruszające się cienie. Po kilku kolejnych krokach ujrzała coś niespodziewanego.
Wielkie, dzikie i uzbrojone zwierzęta przebiegające między kolumnami, zdawały się przed czymś uciekać w popłochu. Widziała już przedstawicieli tych ras, ale nigdy tak wielkich i dzikich. A do tego obwieszonych bronią, z której z wprawą korzystali. Jako niższa, nieczysta rana nie powinni mieć do niej dostępu, a jednak dzierżyli ją. Musiała przyznać, że to była wyjątkowo piękna i na pewno skuteczna w działaniu broń, wysokiej klasy. Ktoś wyszkolił te stworzenia i kazał im walczyć? Czyżby był aż tak zdesperowany, by oddawać tak cenną broń bestiom? Kto gotów był to zrobić, łamiąc święte zakazy? Uzbrojone zwierzęta mierzyły do siebie, oddawały strzały i zadawały potężne ciosy.
To nie była jej wojna, ani sprawa. Nie powinno jej tam być. Nikt jej nie zauważył, więc zaczęła się wycofywać. Za sobą usłyszała dzikie wrzaski, krzyki i wyczuła zapach palonego mięsa. Po chwili zapadła cisza. Może zniknęli z budowli tak samo tajemniczo, jak się w niej zjawili?
Odetchnęła z ulgą, ale od razu się zorientowała, że ktoś jednak został. Zamarła nasłuchując. Ujrzała znów cień postaci o wielu ramionach i aż zabrakło jej tchu. Przez chwile nie mogła się poruszyć ze strachu, gdy cień zbliżał się do niej. Urzeczywistniał się jej najgorszy koszmar. Powinna coś zrobić, ale nie potrafiła nie tylko uciec, czuła że nie mogła by nawet zrobić jednego kroku.
Cień ją minął i dostrzegła tego kto go rzucał. Ujrzała tak niezwykłą postać, że aż nie mogła uwierzyć swoim oczom. To nie był ogromny człowiek-pająk, tylko zamaskowana istota o wielu sztucznych, przytroczonych do niej ramionach. Metalowe odnóża wciąż się poruszały i badały otoczenie. Śledziła wzrokiem mijającą ją istotę, a potem odruchowo ruszyła za nią. Ciekawość znów wygrała z rozsądkiem. Skradała się za wielorękim, aż doszli do przestrzeni, gdzie nie stały kolumny. Na środku pustej posadzki coś było. Ciemny otwór.
Ujrzała jak wieloręka istota podchodzi do dziury w posadzce. Zbliżyła się i na własne oczy się przekonała, że to była stara ośmiokątna studnia wykuta w posadzce. Istota coś do niej wrzuciła i szybko się wycofała, a ze studni wybuchły kłęby fioletowego dymu. Cofając się przed nimi istota oddalał się od studni. Romea schowała się i dostrzegła że obok niej między kolumnami przemknęła ciemna mała postać. To było dziecko, a może drobna kobieta? Romea przywarła do kolumny i znieruchomiała czekając. Z daleka usłyszała krzyki, warczenie i szczęk broni. Poczuła niepokój, ale bardziej niepokoiło ją, to że coś działo się w studni. Nie mogła oderwać wzroku od dymu wydobywającego się z niej. Miała wrażenie, że coś było w studni i zaczęło z niej wychodzić. Widziała dziwne długie ramiona i płynne ruchy jakiejś istoty. Cofała się przestraszona.
Skierowała się w druga stronę, niż ta skąd dobiegały do niej niepokojące hałasy. Chciała zrobić wielkie koło i wrócić do kochanka. Czuła, że musi uciec, ale czy uda jej się zabrać stąd ukochanego? Musiała zmusić go do wstania i ucieczki. Nie wiedziała co znajduje się poza świątynią i otaczającym ją ogrodem, ale nie mogli tu zostać. Biegła, aż zatrzymała się wpadając na jedną z kolumn. Ból ją otrzeźwił. Spokojnie ruszyła do miejsca, gdzie powinien leżeć jej kochanek.
Zwolniła, gdy ujrzała, że nad ukochanym ktoś się pochyła. Chciał go zabić? Sięgnęła po sztylet i przyśpieszyła starają się zachowa cisze. Rozluźniła sie gdy ujrzała że ciemna postać zajęta była sprawdzaniem czy serce mężczyzny jeszcze bije. Nie robił mu krzywdy.
Poczuła ulgę i z boleśnie bijącym sercem skierowała się do przybysza. Nie mogła zostawić ukochanego, bo tylko jego miała po swojej stronie, we wszystkich światach. Zacisnęła dłoń na sztylecie i zrobiła ostatnie kilka kroków. Szła coraz wolniej. Przybysz wydawał się jej znajomy.
Spojrzał na nią i w jednej chwili przestała się bać. Czuła tylko zawstydzenie i żal. Podróżujący mnich i uzdrowiciel ubrany w fioletowa szatę, już im raz pomógł. Mieli wobec niego dług wdzięczności, którego jeszcze nie spłacili.
- Co tu robicie?- zapytał niskim, chropowatym głosem mnich.
- Trafiliśmy tu przypadkiem.- powiedziała spokojnie Romea, choć trzęsły się jej nogi.
Przybysz spojrzał na nią z namysłem.
- Jego rany są poważne. – powiedział wskazując na jej ukochanego. - Jest w nich trucizna. Jeśli się jej nie wyciągnie, on umrze.
Mnich wyciągnął coś zza paska i położył na ranach ukochanego Romei.
- Co mu się stało? – zapytał.
- Został zaatakowany, ostrzem z Zanury. Stamtąd pochodzą najlepsi truciciele i skrytobójcy?
Mnich pokiwał głową.
- Ostrze musiało być pokryte jakąś ciekawą trucizną. – tłumaczył wykonując dłońmi szereg gestów. - Nie lubię takich zatrutych broni. Nie są uczciwe.
Romea starała się sobie przypomnieć wygląd ostrzy.
- Potrafisz zrobić coś by mu pomóc? – zapytała zbliżając się jeszcze bardziej.
Mężczyzna skinął głową.
- Zrobię co w mojej mocy. Tu mu nie pomogę.– powiedział i dodał: - Jednak nie możecie tu zostać.
- Dlaczego? – zapytała zaniepokojona.
- To święte miejsce, nasycone starą mocą, potęgującą działanie tego co tu się przyniesie. W jego przypadku to jest trucizna.
Mnich odsłonił rany Juniela, których widok zaskoczył Romeę. To nie wyglądało dobrze. Bladość i opuchnięta skóra otaczająca rany ukochanego zaniepokoiła ją bardziej, niż słowach mnicha.
- Skąd możesz to wiedzieć? - niespokojnie się poruszyła i wbiła wzrok w mnicha.
Czuła że to miejsce pełne jest tajemnic i niepojętych zagrożeń. Oczekiwała po mnichu jakiś wyjaśnień. Ten wyprostował się.
- Jestem strażnikiem tego miejsca. I to moja praca… – powiedział uśmiechając się z przekąsem. – Ale podróżując musze zajmować się również wieloma innymi sprawami i dlatego tu jesteście, choć nie powinno was tu być. Czujesz to, pani?
Romea powoli skinęła głową.
- Potrafię też leczyć, o czym już wiesz. Tu jednak nie mogę dla niego wiele zrobić… musisz mi pomóc go przenieść.
Kazał jej chwycić ukochanego za nogi, sam złapał go pod ramiona.
- Zabierzmy go w inne miejsce.
Ranny mężczyzna był ciężki i czasem się im wyrywał. Z trudem nad nim zapanowali. Przenieśli kochanka Romei aż do schodów. To było trudniejsze niż przewidywała. Zrobiła gwałtowny ruch gdy zaczepili jedna z ozdób swojego stroju o jego ubranie. Usłyszała hałas drącego się materiału. Coś wypadło z ubrania jej kochanka i potoczyło się po schodach, by z pluskiem wpaść do sadzawki na placu w dole. Co to było? Nie zauważyła. Nie miała czasu teraz się tym zajmować.
- Jak tu trafiliście?- zapytał mnich, gdy znieśli ciało nieprzytomnego do wody.
- Sama nie wiem… byliśmy w mieście z dla od przejść gdy nagle zaczęliśmy spadać.
Mnich nie wyglądał na zadowolonego z jej odpowiedzi. Ułożyli bezwładne ciało obok sadzawki. Mnich przemywał rany ukochanego Romei a potem wyjął zza pas jakiś pojemnik i nałożył na jego rany jakąś kleistą substancję. Z niepokojem obserwowała twarz ukochanego. Ucieszyła się, gdy w końcu wróciły na nią kolory.
Z głębi świątyni dobiegły do nich ryki i hałas walących się kamieni. Poderwali się na nogi.
- A to co? – zapytał mnich patrząc na Romea, jakby oczekiwał od niej wyjaśnień.
- Pewnie coś ze studni…- opowiedziała niepewnie.
Mężczyzna złapał ją za ramie.
- Co powiedziałaś? - warknął rozdrażniony.- Wrzuciłaś coś do studni?
Zaprzeczyła.
- Ja tylko widziałam jak ktoś wrzucił coś do studni… a potem wydobył się z niej fioletowy dym i na końcu coś z niej wyszło.
Strażnik wyglądał na wściekłego i zarazem przestraszonego.
- Wszystko mi teraz opowiedz. Dokładnie – rozkazał jej, a ona go posłuchała.
Opisała istotę, która powinna zostać wytępiona, uzbrojone zwierzęta i wielorękiego, oraz to co wydobyło się ze studni. W tym czasie jej ukochany powoli uniósł powieki. Spojrzał na nią prawie przytomnie, a ona ucieszyła się z tego. Nie przejmowała się hałasami i groźnymi bestiami, które mogły się kryć w budowli. Nic jej to już nie obchodziło.
- Nie cierpię ludzi sprawiających kłopoty… - zamruczał mnich i nagle przerwał.
Był rozdrażniony i czujny. Spojrzała w kierunki, w którym patrzył mnich. Przez świątynie w ich stronę przesuwał się lśniący fioletowy obłok. W końcu otoczył ich, osiadając na ich skórze i ubraniach. Za to ten pył nawet nie zbliżał się do strażnika, który wyglądał na zmartwionego.
- Czy naprawdę go obudzili? - wyszeptał i wyglądał przy tym na skrajnie rozgłoszonego i zarazem smutnego. Spojrzał na nią. - Powinnaś mi była od razu powiedzieć. Myślałem, że to wy uruchomiliście alarm.
- Nic nie zrobiliśmy. My tylko…
Nie słuchał jej tłumaczeń.
- I co z tego, że wypełniam wszystkie reguły, że staram się chronić wszystkich… zawsze zjawia się ktoś kto chce uwolnić grozę i śmierć…- syknął mnich wyjmując z pochwy, ukrytej pod ubraniem krótki sztylet.
Stała się czujna. Spodziewała się, że ją zaatakuje sztyletem, ale mnich tylko wepchnął ją do sadzawki. Zimna woda otoczyła ją i przeniknęła kłującym zimnem aż na wylot. Zaczęła szybko opadać w dół, ciągnięta prądem, z którym ze wszystkich sił walczyła. Ujrzała jak strażnik spycha do wody ciało jej ukochanego, który nawet nie próbował się ratować. Był za słaby, żeby sam się wydostać. Starała się do niego zbliżyć.
Oboje tonęli. Złapała kochanka za dłoń, a potem mocno chwyciła go za ubranie. Walczyła z ciężarem, który ciągnął ich oboje na dno. Prawie straciła już przytomność, gdy poczuła jak porywa ich silniejszy prąd. Uderzyli w coś, zaczęli kręcić wokół swojej osi, a potem fala wyrzuciła ich na brzeg.
Leżała na miękkim piasku, a zimna woda obmywała ją. Oddychała z trudem, łapczywie wciągając w płuca powietrze. Nie miała siły nawet się poruszyć. Patrzyła na małe fioletowe muszelki tkwiące w srebrzystym piasku obok jej głowy. Pamiętała je z dzieciństwa. Znów miała wrażenie, że widzi coś znajomego. Uniosła wzrok i omiotła spojrzeniem otoczenie. Momentalnie uczucie, że wróciła do domu rozwiało się. Ujrzała obco wyglądające szarobłękitne wybrzeże i niezwykłe zimne szmaragdowe morze, ciągnące się aż po horyzont.
Leżała nieruchomo, wciąż z trudem oddychając. Nie miała pojęcia gdzie są, ani jak się tam znaleźli. Czyżby to strażnik ich uratował? Nie spodziewała się po nim tego. Przez chwile myślała, że ich oboje zabije. Spojrzała na ukochanego leżącego nieopodal. Miał zamknięte oczy, ale oddychał.
Liczyło się tylko to, że żyli. Jeszcze raz los był dla nich łaskawy.
Wyświetleń: 29  |  Dodano: 2020-06-27 13:50  |  Punkty od użytkowników: 0
Dodaj komentarz
Tylko dla zalogowanych
Wyślij wiadomość
Tylko dla zalogowanych
Dodaj tekst do ulubionych
Dla wersji rozszerzonych
Oceń publikację
Tylko dla zalogowanych
Komentarze

Jeszcze nikt nie skomentował tej publikacji.
Bądź pierwszy!


 
Zobacz również
Księga Rodzaju 41,52-54
pozostałe 2020-07-11 14:59
I poznacie prawdę, a prawda was wyswobodzi, bo przyczyną wszelkiego zła jest brak wiedzy biblijnej...
Nic się nie da zrobić
poezja 2020-07-11 10:41
Elżbieta Walczak - wiersz z tomiku "Jestem pozytywną bakterią".
Księga Rodzaju 41,49-51
pozostałe 2020-07-08 15:15
"I poznacie prawdę, a prawda was wyswobodzi, bo przyczyną wszelkiego zła jest brak wiedzy biblijnej,...
akademia

Projekt i wykonanie: a3m agencja internetowa