kristof
liczba publikacji: 26
liczba punktów: 1239

Weekend w górach - pierwsza akcja

...
Po kilku minutach opóźnienia Marek dobiegł do reszty grupy i przykucnął razem z nimi w zaroślach, tuż obok ścieżki.
- Gdzie twoja koleżanka?
- Musiała chwilę odpocząć, ale dobiegnie do nas - skłamał.
- Dobra, nie ma czasu. Ty - rzekł do Wojtka. - Idź na drugą stronę ścieżki, za tamto drzewo. Tam zaczaj się w krzakach i czekaj na mój sygnał. Tylko nie zmieniaj pozycji, żebyśmy nie strzelali do siebie. - Odwrócił się do Marka. - Ty położysz się obok tego drzewa. Będziesz miał tam idealną widoczność na całą ścieżkę. Ja będę za tamtym drzewem. Strzelamy, gdy będziemy mieli ich przed sobą, nie między nami, zrozumiano?
- Chyba tak - oboje odparli krótko i cicho.
- Nie słyszałem? Zrozumieliście!?
- Tak.
- Głośniej!
- Tak jest! - krzyknęli oboje.
- Tak już lepiej.
Nagle Zosia zapytała:
- A ja gdzie mam stać?
- Ty pójdziesz tam - pokazał miejsce oddalone o kilka metrów od ścieżki. - Tam się schowasz i wyjdziesz dopiero, gdy ktoś zawoła sanitariusza albo gdy będzie po wszystkim.
Przytaknęła i zaraz zapytała:
- A koleżanka?
- Już za późno dla niej. Niech poczeka przy tobie.
Zosia powoli ruszyła w wyznaczonym jej kierunku, a mężczyzna odwrócił się z powrotem do swoich dwóch pomocników:
- Byliście w wojsku. Wiecie jak się strzela?
Obaj popatrzyli najpierw na siebie, a później równocześnie pokiwali przecząco głową.
- Bez jaj, ale z was baby. Dajcie mi broń - zabrał Markowi pistolet i odbezpieczył go, mówiąc: - Tak odbezpieczacie, celujecie i strzelacie. Pamiętajcie, że to nie film. Tutaj amunicja jest na wagę złota. Od waszej celności i oszczędności naboi, zależeć będzie wasze i moje życie, więc strzelajcie celnie. - Widząc ich niepewność i strach na twarzy, dodał: - Nie miejcie dla nich litości, bo oni dla was jej nie będą mieli, a wierzcie mi, że jak zdążą użyć swoich karabinów, to będzie po nas... Zrozumiano?
Obaj znów przytaknęli głowami.
- Zrozumiano?! - krzyknął, aż ich wystraszył.
- Tak jest! - odpowiedział głośno Wojtek, a zaraz za nim powtórzył te słowa Marek.
- Jeśli żaden z was nie strzeli, to albo zginiecie z ich broni albo sam was zastrzelę. Zrozumiano?!
- Tak jest! - obaj głośno odparli przestraszeni jego realną groźbą.
- Tak więc na pozycje i czekać na mój sygnał.
- A jaki to sygnał? - zapytał Marek.
- Mój pierwszy strzał - odparł, uśmiechając się do nich. - Gdy pierwszy trup padnie na ziemię, wtedy zaczynacie strzelać.
Po tych słowach rozbiegli się na swoje pozycję, by przygotować się na akcję, która niechybnie ich czekała.
Marek uklęknął, zgodnie z rozkazem mężczyzny i musiał od razu przyznać, że miejsce to było doskonałą pozycją do zasadzki. Nie był widoczny ze ścieżki, bowiem chroniły go gęste zarośla i liczne drzewa oraz pagórek, za którym mógł w każdej chwili się schować. On sam natomiast miał przegląd na prawie całą ścieżkę przed sobą.
Wystawił przed siebie lufę pistoletu i czekał na nadejście żołnierzy. Czuł jak jego serce szaleje, a ręka trzymająca broń trzęsła się jak u paralityka. Próbował ją uspokoić drugą ręką, ale dużo to nie pomagało. Pocił się cały i czuł jak pot spływa mu po skroniach i plecach. Bał się wytrzeć go z twarzy, bo nie chciał spuścić broni z kierunku, z którego mieli przyjść. Jednak po kilku minutach czekania, które wydawały się teraz wiecznością, w końcu nie wytrzymał. Musiał odwrócić się i położyć broń na ziemi. Musiał się wytrzeć, nie mógł tego dłużej wytrzymać. Wytarł swoją twarz w koszulkę i właśnie miał wytrzeć w nią mokre ręce , gdy nagle usłyszał czyjeś głosy. Od razu nerwowo rzucił się na ziemię i wziął broń do ręki. Spojrzał na ścieżkę i dostrzegł pojawiających się na niej żołnierzy. Było ich czterech i szli, rozmawiając ze sobą i śmiejąc się, nieświadomi przykrej niespodzianki czekającej na nich. Marek wycelował broń w pierwszego z nich i czuł jak mu palec na spuście drży. Bał się, że za szybko go naciśnie i walczył teraz z nim, próbując go uspokoić, ale zarazem wiedział, że nie mógł spuścić celu z oczu. Patrzył na zbliżających się uzbrojonych młodych mężczyzn, którzy tocząc ze sobą swobodną rozmowę, wyglądali jak zwykli, niewinni ludzie, którym podobnie jak i im, wepchano broń do ręki. Nie wyglądali w ogóle na zimnokrwistych morderców z wioski.
Nagle przystanęli w miejscu, zaledwie kilkanaście metrów od niego i rozmawiając ze sobą w obcym języku, zapalili papierosy, wciąż z czegoś żartując i śmiejąc się wspólnie. Marek z każdą chwilą miał coraz to większe obawy, co do słuszności ich działania. Nie chciał do nich strzelać. Nie chciał w ogóle mieć broni w rękach. Nigdy nie myślał, że może kiedykolwiek dojść do takiej sytuacji, w jakiej teraz się znalazł. Przecież przed nim znajdowali się zwykli ludzie, tacy sami jak i on, a on ma ich zabić? W całym swoim życiu nigdy nikogo nie skrzywdził, a jedyny konflikt w jakim brał udział, to była szkolna bójka z kolegą z klasy. Ona i tak szybko zakończyła się rozejmem, który narzucił im wychowawca, pokazując, że są o wiele lepsze rozwiązania wszelkich konfliktów, niż przemoc.
Mężczyźni ruszyli dalej w drogę, zbliżając się do jego kryjówki, a sygnału do działania wciąż nie było. Marek już miał nadzieję, że ich zwariowany znajomy oprzytomniał i doszedł do takiego samego wniosku jak i on. Już chciał odłożyć broń z ulgą, gdy padł pierwszy strzał. Idący na samym przedzie żołnierz, padł martwy na ziemię. Zaraz za nim wystrzelił pistolet z drugiej strony. Wojtek wystrzelił raz, drugi, trzeci i też trafił. Marek przerażony widokiem umierających na jego oczach ludzi, tylko patrzył jak dwóch kolejnych żołnierzy, którzy unieśli broń w stronę Wojtka i już mieli ostrzelać jego miejsce, gdy i on wystrzelił. Zamknął oczy i strzelił kilka razy w ich stronę.
Tak na prawdę nie chciał nikogo trafić. Chciał uratować swojego kolegę i wystrzelić, by później nie zginąć z ręki ich szalonego dowódcy, po którym można było spodziewać się wszystkiego. Otwarł oczy i dostrzegł jednego z mężczyzn, który trzymał się za brzuch i próbował zatamować wypływającą na zewnątrz krew. Jego kompan dostrzegł Marka i już skierował broń w jego stronę, gdy znów padł kolejny śmiertelny strzał. Trafił go w głowę i powalił na ziemię martwego.
- Wow! - aż krzyknął prowadzący ich do boju mężczyzna, zadowolony z siebie. - Widzieliście ten strzał? Centralnie w głowę! Pięknie, co nie?
Wybiegł na ścieżkę i dumny z siebie podszedł do żołnierzy, odkopując od nich broń.
- Sanitariusz! - zawołał.
Od razu podbiegła do nich Zosia i przejętym głosem zapytała:
- Kto jest ranny?
- Ja nie - odpowiedział zadowolony z całej akcji mężczyzna. - A wy?
- My też nie - odpowiedział Wojtek dumny z siebie.
- Sprawdź ich, czy na prawdę nie żyją - powiedział do niej, wskazując na martwych żołnierzy. - Nie chcielibyśmy, żeby któryś nagle się podniósł i strzelił nam w plecy.
- Ale... jak?
Mężczyzna popatrzył na nią swoim surowym wzrokiem, wziął głęboki oddech i sam podszedł do leżących na ziemi martwych żołnierzy. Bez skrupułów strzelił w jednego, później następnego i jeszcze jednego, tylko ostatniego oszczędził, mówiąc dumnym z siebie tonem:
- Tego jestem pewny.
...

Fragment książki „Weekend w górach”
- autor Krzysztof Lip
Wyświetleń: 61  |  Dodano: 2019-03-10 20:44  |  Punkty od użytkowników: 0
Dodaj komentarz
Tylko dla zalogowanych
Wyślij wiadomość
Tylko dla zalogowanych
Dodaj tekst do ulubionych
Dla wersji rozszerzonych
Oceń publikację
Tylko dla zalogowanych
Komentarze

Jeszcze nikt nie skomentował tej publikacji.
Bądź pierwszy!


 
Zobacz również
Powstaje seria powieści Elżbiety Walczak (fragment pierwszej).
powieść 2019-08-25 16:35
Sandra w dniu urodzin dowiaduje się, że traci pracę. Jej dziewiętnastoletnia córka w tym samym dniu...
Księga Rodzaju 32,15-21
pozostałe 2019-08-17 15:58
"trzydzieści wielbłądzic karmiących wraz z młodymi, czterdzieści krów i dziesięć byków, dwadzieścia...
Napisane dzisiaj o godzinie 9:03
poezja 2019-08-17 09:39
Tomiki poetyckie Elżbiety Walczak

Projekt i wykonanie: a3m agencja internetowa