von Zachinsky
liczba publikacji: 5
liczba punktów: 60

Magnetyzm. Opowieść z dnia zadusznego

W niewielkim mieście twarze powtarzają się z pewną regularnością. Można wyłowić z tłumu osobników regularnie podążających swoimi ścieżkami, jak w zegarku powtarzających swoje codzienne ruchy. O podobnych porach można ich dostrzec wracających z pracy lub targu. Zwykli ludzie i zwykłe sprawy – a jednak czasem trafi się wśród nich twarz niezwykła, niesamowita – przyciągająca jak magnes. Starszy człowiek o krępej budowie, podobny do sławnego Karloffa, jakiś zamyślony półwariat – stają się powoli częścią krajobrazu, jak złote o tej porze drzewa gubiące liście.
Zupełnie przypadkiem, na chwilę przed świętem zmarłych przechodziłem koło cmentarza i postanowiłem skrócić drogę. Mijałem szare kamienie z których jak stare łuski gada powoli odchodziły kolejne warstwy. Nade mną przesuwały się gałęzie rozkołysane zimnym wiatrem. O tej porze roku wszędzie było widać światła zapalonych świec, rozchybotane i migoczące – jak samo życie, dążące w kierunku ziemi, wypalające się aż do ostatniej kropli wosku.
Przeszedłem boczną ścieżką obok zapomnianego grobu barona von Z. spodziewałem się że nie będzie na nim wieńców, co najwyżej jakaś świeczka pozostawiona przez jakiegoś odległego potomka wymarłego rodu. Zdziwiłem się na widok ogromnego bukietu kwiatów, który najwidoczniej położyła tam kobieta stojąca w zamyśleniu nad szarą, płaską płytą dokładnie oczyszczoną ze spadających na nią lipowych liści i gałązek. Ubrana była w beżowy płaszcz w niepozorną kratkę – sama też sprawiała wrażenie niepozornej, nieśmiałej osoby. Miała kasztanowate włosy przecięte mniej więcej na wysokości szyi i regularne rysy twarzy.
Nie zwróciłbym na nią większej uwagi, zwłaszcza że śpieszyłem się na kolację – robiło się powoli zimno, można było wyczuć w powietrzu zbliżającą się zimę. Ona jednak niespodziewanie odezwała się do mnie i nieznacznie wyciągnęła rękę w moim kierunku. Trochę jakby wskazywała ucznia który ma odpowiedzieć w szkole.
- Pan znał barona? – zapytała cichym głosem. Zdziwiło mnie to absurdalne pytanie, baron zmarł w 18.. i na pewno nie mogłem go znać ani ja, ani nawet mój dziadek.
- Przecież to było ponad sto lat temu… - odpowiedziałem zmieszany.
- Rzeczywiście. – otrząsnęła się jak zbudzona z głębokiego snu. Równie dobrze mógłbym powiedzieć „wczoraj”, i tak dalej patrzyłaby w przestrzeń, w zapalające się powoli gwiazdy na granatowym niebie… Wschodził właśnie księżyc. – Późno. Idzie pan w stronę miasta?
- Tak.
- Przejdę kawałek z panem. – powiedziała zdecydowanie i ruszyliśmy w stronę bramy, zwieńczonej kamiennym krzyżem. Zaczęła gęstnieć mgła, zasłaniająca drewnianą wieżę kościoła i zniżająca się groźnie nad miastem. Kropelki wody osiadały na ubraniach i pniach drzew, które lśniły teraz w żółtym, nierzeczywistym świetle lamp. Kobieta szła małymi, zdecydowanymi krokami, stukając o kostki bruku.
- Ma pan ognia? – podałem jej zapałki. Zaciągnęła się nerwowo i wydmuchała dym z papierosa w moim kierunku. Może powinienem zaprotestować, ale nic nie powiedziałem i bez słowa przeszliśmy przez most. W dole woda płynęła bezszelestnie wśród mgły.
Zeszliśmy po schodach obok statuy podobnej do sfinksa, wpatrzonej w horyzont okryty szczelną zasłoną. Miejscami tylko przebłyskiwały światła w oknach domów, których istnienia można się było jedynie domyślać we mgle.
- Czytałam kiedyś, że w średniowieczu wlewali czasem ludziom do ust rozgrzany ołów. Przydałoby nam się teraz. – powiedziała z nieznacznym uśmiechem. Mogłem sobie wyobrazić jak ta szczupła kobieta częstuje kogoś ołowiem w ciemnym lochu.
- Tak, to do pani pasuje. Najpierw zaskoczenie na cmentarzu, potem ołów prosto w usta.
- Boi się pan? – wyraźnie była rozbawiona. – Jeszcze nie dziś.
- Dokąd pani idzie?
- O to niech pan się nie martwi, trafię sama. Proszę przyjść w to samo miejsce za dwa dni. – skręciłem więc w bramę i wszedłem po schodach do domu, a ona oddaliła się samotnie i zniknęła wśród mgły. Lampa zawieszona w mglistej próżni nad ulicą zamigotała rozsiewając promienie wyraźnie widoczne w mlecznobiałym powietrzu. Idąc po schodach pomyślałem, że może to schizofreniczka – ale musiałaby znakomicie się maskować. Nic w jej zachowaniu nie wskazywało na chorobę. Może morderczyni? Seryjne morderczynie zwykle pracują w szpitalach i mordują pacjentów. Po wytartych stopniach wszedłem do mieszkania i zasnąłem szybko, słuchając tykania ściennego zegara.
Dwa dni później było tak samo mgliście i pochmurnie. Wieczorem światło latarń zataczało szerokie kręgi wśród kropelek unoszących się w powietrzu, ale i tak nie było widać dalej niż na pięć metrów. Jakoś wyczułem drogę na cmentarz i przeszedłem znowu przez bramę zwieńczoną kamiennym krzyżem. Teraz dopiero przypomniałem sobie że jest dzień zaduszny, cały cmentarz był wypełniony ludźmi odwiedzającymi groby bliskich, wszędzie płonęły znicze – zastępujące gwiazdy w tej gęstej, wilgotnej ciemności. W powietrzu unosił się zapach świec i butwiejących liści. Przed świętem grabiono je ze ścieżek i leżały teraz w imponujących stosach pod drzewami. Minąłem kilkoro starszych ludzi porządkujących zapomniane groby i skierowałem się na umówione miejsce.
Moja znajoma już tam była. Na jej widok zwróciłem uwagę na dziwny prąd, który prowadził mnie przez całą drogę, a teraz ucieleśnił się w mrowieniu palców. Aż tak mi się nie podobała – a jednak czułem się dziwnie w jej towarzystwie i wiedziałem, że trudno byłoby mi z niego zrezygnować.
- Dobry wieczór. - powiedziała z ironiczną uprzejmością. Przywitaliśmy się i zaproponowała mi spacer po cmentarzu. Ktoś mógłby pomyśleć, że umówiłem się z nią żeby wykorzystać melancholijną atmosferę święta w innym celu niż większość odwiedzających cmentarz, mimo że chciałem tylko dowiedzieć się kim jest i o co jej chodzi. Z drugiej strony, zawsze tak to sobie tłumaczę, kiedy już sprawa znajdzie swój przykry finał. Przyjemnych zakończeń jakoś nigdy nie było.
Przeszliśmy przez cmentarz niezauważeni. Wszyscy byli zajęci lub chodzili po ścieżkach jak w transie, wpatrzeni w przestrzeń i gałęzie poruszające się ponad nami na wietrze na kształt rozcapierzonych dłoni upiorów.
- Niech pan spojrzy w lewo, jakie ładne! - zainteresowała się moja towarzyszka na widok klepsydry o nietoperzych skrzydłach, wyrzeźbionej na jednym z okazalszych nagrobków. Nietypowy gust u kobiety, jednak mi też podobała się ta rzeźba. Tak samo czaszki i kości, na widok których reagowała podobnie. Poczułem pewną sympatię do tej dziwnej, oschłej osoby.
Z jej typem urody mogłaby mieć równie dobrze dwadzieścia albo czterdzieści lat. Niezwykle trudno było wyczytać wiek z jej twarzy, na której nie było zmarszczek, jednak przy tym jej wyraz był bardzo poważny, spojrzenie utkwione cały czas w dalekiej przestrzeni, pewne i zimne. Oczy miała stalowoszare, teraz pordzewiałe od wszechobecnego pomarańczowego światła.
Wyszliśmy przez drugą, metalową bramę i ruszyliśmy wzdłuż wysokiego muru, zza którego wystawały długie ramiona krzyży. Coraz trudniej było mi uwolnić się od tej kobiety, nieznana siła oddziaływała na mnie z coraz większą mocą – aż w końcu objąłem ją i oparliśmy się o cmentarny mur. Przemknęło mi tylko przez myśl, że ktoś mógłby wyśledzić nas tutaj i oskarżyć o bezczeszczenie tego miejsca, nie zdążyłem jednak nic powiedzieć. Ugryzła mnie w szyję, a ciepła strużka krwi spłynęła przez dekolt jej płaszcza.
Z trudem przypominam sobie strzępki dalszych wydarzeń, które pamiętam jak przez mgłę i nie jestem w stanie oddzielić ich od koszmarów, które dręczyły mnie przez kilka następnych dni. Pamiętam wędrówkę przez miasto w różnych kierunkach, zupełnie bez celu. Potem jakiś długi, kamienny korytarz wyłożony płytkami imitującymi rzymską mozaikę – patrzyłem pod nogi, bo ze zmęczenia nie byłem w stanie podnieść głowy. Pamiętam jeszcze pokój z perskim dywanem i mosiężną lampą naftową, bez światła elektrycznego, z oknem szczelnie zasłoniętym purpurową zasłoną, i łóżko przykryte czerwonym kocem we wzory żywcem ze średniowiecznego bestiariusza.
Rano obudziłem się w swoim mieszkaniu, próbując posklejać w pamięci fragmenty nocy – dopiero po jakimś czasie zaczęły do mnie powracać pojedyncze, oderwane od siebie obrazy. Teraz śledzę tylko krople deszczu spływające w dół po szybie i czekam na cmentarzu każdego wieczora, licząc na to że, kobieta znowu się tam zjawi – ale nie widziałem jej ani razu. Od kilku dni chyba nic nie jadłem, najmniejsze posiłki męczą mnie coraz bardziej, tak samo jak światło słoneczne. We dnie patrzę na zegar, słuchając wiatru wyjącego w kominie i licząc upływające sekundy. Staram się nie przenosić wzroku na lustro poniżej, tam bowiem widzę swoją zmieniającą się twarz, przybierającą arystokratyczne, zimne rysy obcej osoby. Teraz w moich policzkach koncentruje się dziwny magnetyzm twarzy ludzkich – i wiem że nigdy już nie u opuszczę głębokiego cienia, zalegającego pod zimnym grobowcem barona von Z.
Wyświetleń: 408  |  Dodano: 2015-05-03 15:44  |  Punkty od użytkowników: 4.0
Dodaj komentarz
Tylko dla zalogowanych
Wyślij wiadomość
Tylko dla zalogowanych
Dodaj tekst do ulubionych
Dla wersji rozszerzonych
Oceń publikację
Tylko dla zalogowanych
Komentarze
wyświetl:1

 
Zobacz również
Księga Rodzaju 21,31-34
pozostałe 2018-08-17 12:16
"Dlatego nazwano to miejsce Beer - Szeba, ponieważ tam obaj złożyli przysięgę" Czyli dlatego nazwano...
Księga Rodzaju 21,26-30
pozostałe 2018-08-13 15:13
„Abimelech odpowiedział: Nie wiem, kto to uczynił; ty bowiem nie powiadomiłeś mnie o tym,” Czyli...
Wprawki z magii 03
powieść 2018-08-13 12:26
Shu i jej nowi przyjaciele dostają nowe zadanie.
akademia

Projekt i wykonanie: a3m agencja internetowa